piątek, 7 marca 2014

+ Seventeen (dodatek)

 Spowita mnie jasność. Uśmiecham się lekko i rozglądam, dookoła jest biało i tak delikatnie. A więc tak jest tutaj w niebie.
- Zaraz ! - krzyczę - Co ja robię w niebie ?! - wrzeszczę.
  Patrzę w prawo i w lewo. Chcę znaleźć kogoś, kto byłby mi znajomy.
  Spoglądam w dół. Stoję na szkle - tak mi się wydaję. Moje stopy są bose. Moje ciało odziane w białą zwiewną suknię. Ruszam skrzydłami i idę na wprost.
- Chwila - mówię do siebie.
  Spoglądam w lustro, które pojawia się przede mną. W odbiciu widzę swoje skrzydła. Moje oczy są teraz czyste. Bez smutku, bólu czy nienawiści i żalu.
- Mam skrzydła - szepczę do siebie.
  Podnoszę rękę i dotykam delikatnie aksamitnych piór. Są tak miłe w dotyku. Po chwili spuszczam rękę, jednak znów podnoszę ją wraz z drugą ręką. Moja cera jest jak śnieg. Nieskazitelnie biała. Kroczę między chmurami. 
  Nagle znajduję się przed pewną kobietą. Ona również posiada skrzydła. Patrzy na mnie, uśmiechając się pokrzepiająco.
- Czemu jest w niebie, a nie w piekle ? - pytam, nie spuszczając z kobiety wzroku.
- Ponieważ, Bóg nie rani dobrodusznych osób - posyła mi ostatni raz swój uśmiech i wznosi się do góry, by po kilku sekundach zniknąć mi z oczu.
  Moje oczy zamykają się na chwilę. Ta kobieta. kogoś mi przypominała.
  Wracam do momentu, gdy zobaczyłam tą małą dziewczynkę w szpitalu. Iskierki w jej oczach były identyczne do tych, które miała ta szatynka. Jej uśmiech - ten sam. Jej włosy - te same. Jej nos - ten sam. To była matka tej małej.
  Spoglądam w górę i jedyne co widzę to niebo. Chmura nad chmurą, chmura pod chmurą - pełno chmur.
  Idę przed siebie. Nagle staję w miejscu. Spoglądam w dół. Widzę Justin'a. Leży na łóżku, ale... to nie jego łóżko. Patrzę na jego nadgarstki. Znajdują się na nich cięcia.
  Podskakuję raz, ponieważ chcę rozbić szkło. Nie udaje się. Powtarzam czynność i za trzecim razem spadam w dół.
  Rozsuwam skrzydła i lecę. Moje oczy spostrzegają napis "Dział korekt stanu Kalifornia więzienia San Quentin". Czuję jak mój brzuch skręca się w środku mnie i kilkakrotnie wykonuje przewroty w przód.
  Wlatuję do celi Justin'a i siadam przy nim na ziemi. Dotykam jego nadgarstków.
- Jestem z tobą, Justin - szepczę cicho, jak przestraszona mysz.
  Po chwili odlatuję w górę.
  Znów znajduję się na szkle. Czuje jak moje oczy zachodzą łzami, a po chwili spływają po policzkach. Nie mogę patrzeć jak Justin cierpi, ale pomimo tego była, jestem i być będę tuż przy jego boku.
- Jestem przy tobie - mamroczę, a następnie unoszę się jeszcze wyżej w górę nieba.

-----------------------------------------------------------------

  Jego oczy spowił smutek i żal. Jego sercem zawładnęła głucha cisza i nieczuła pustka. Jest wrakiem. Wrakiem człowieka.













-----------------------------------------------------------------

  Jej oczy są czyste, zawładnęła nimi radość i miłość. Jej serce spowiła ciemność i cierpienie, lecz nie bije - zatrzymało się. Jest aniołem.














-----------------------------------------------------------------

Muzyka